Karol Wojtyła

Przed sklepem jubilera

cz. I

Sygnały

osoby:

Teresa - Mariola, Ewelina

Andrzej - Adrian, Gracjan

Chór - Karina, Paulina,

 Beata, Ola, Monika

Ktoś - Dominika

Jubiler – Agnieszka


SCENARIUSZ


„Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością.”
(Teresa, Andrzej)
Teresa:
Andrzej wybrał mnie i poprosił o moją rękę.
Stało się to dziś między godziną piątą, a szóstą po południu.
Dokładnie nie pamiętam, nie zdążyłam spojrzeć na zegarek
ani też dostrzec godziny na wieży starego ratusza.
W takich momentach nie sprawdza się godziny,
momenty takie wyrastają w człowieku ponad czas.
Ale nawet gdybym pamiętała, że trzeba spojrzeć na zegar ratusza,
nie mogłabym tego uczynić, musiałabym bowiem
patrzeć ponad głową Andrzeja.
Szliśmy właśnie prawą stroną rynku, gdy Andrzej odwrócił się i rzekł:
"czy chcesz być moją towarzyszką życia?"
Tak powiedział. Nie powiedział: czy zechcesz być moją żoną,
ale: moją towarzyszką życia.
Było więc przemyślane to, co zamierzał powiedzieć.
Mówił to zaś patrząc przed siebie, jakby się lękał wówczas
czytać w moich oczach, a równocześnie jakby chciał zaznaczyć,
że przed nami jest jakaś droga, której kresu nie widać
- jest lub przynajmniej może być jeśli na jego prośbę
ja odpowiem "tak".
Odpowiedziałam "tak" - nie od razu,
ale po upływie kilku minut,
a jednak nie mogło być w ciągu tych minut żadnej refleksji,
nie mogło też być żadnej walki motywów.
Odpowiedź więc była prawie że zdeterminowana.
Wiedzieliśmy oboje, że sięga w całą przeszłość
i wychyla się w przyszłość daleko,
że zanurza się w naszym istnieniu jak czółno tkackie,
aby uchwycić ten główny wątek, co decyduje o wzorze tkaniny.
Pamiętam, że Andrzej nie od razu zwrócił ku mnie wzrok,
ale dość długo patrzył przed siebie,
jakby wpatrywał się
w tę drogę, która jest przed nami.
Andrzej:
Doszedłem do Teresy drogą dosyć długą, nie odnalazłem jej od razu.
Nie pamiętam nawet, czy pierwszemu naszemu spotkaniu
towarzyszyło jakiś przeczucie lub coś w tym rodzaju.
I chyba nawet nie wiem, co znaczy "miłość z pierwszego wejrzenia".
Po pewnym czasie stwierdziłem, że znalazła się w polu mej uwagi,
to znaczy, że musiałem nią się interesować,
i równocześnie godziłem się na to, że muszę.
Mogłem wprawdzie nie postępować tak, jak czułem,
że muszę, lecz sądziłem, że nie miałoby to sensu.
Widocznie coś było w Teresie, co odpowiadało mojej osobowości.
Myślałem wówczas wiele o ,,drugim ja".
Teresa była przecież całym światem, tak samo odległym,
jak każdy inny człowiek, jak każda inna kobieta
- a jednak coś pozwalało myśleć o przerzuceniu pomostu.
Pozwalałem tej myśli trwać, a nawet rozwijać się we mnie.
Nie było to pozwolenie niezależne od aktu woli.
Nie poddawałem się tylko wrażeniu i urokowi zmysłów,
bo wiem, że wówczas naprawdę nie wyszedłbym z mego "ja"
i nie dotarł do drugiej osoby - ale tu był właśnie wysiłek.
Bo przecież moje zmysły karmiły się co krok
wdziękiem napotykanych kobiet.
Gdy kilka razy próbowałem za nimi pójść,
spotkałem wyspy odludne.
Pomyślałem też wówczas, że piękność dostępna dla zmysłów
może być darem trudnym lub niebezpiecznym,
spotkałem wszakże osoby, które ona wiodła do cudzej krzywdy
- i tak powoli nauczyłem się cenić piękność
dostępną dla umysłu, czyli prawdę.
Postanowiłem więc szukać kobiety, która naprawdę będzie
dla mnie "drugim ja", a pomost między nami rzucony
nie będzie chwiejną kładką wśród nenufarów i trzcin.
Spotkałem kilka dziewcząt, które zaabsorbowały mą wyobraźnię,
a także moją myśl - i oto w momentach,
w których najbardziej zdawałem się sobie nimi zajęty,
stwierdzałem nagle, że Teresa wciąż tkwi w mej świadomości i pamięci,
a każdą z tamtych z nią odruchowo porównuję.
A przecież nawet pragnąłem, by ją wyparły z mej świadomości,
poniekąd liczyłem na to.
I gotów byłem też iść za wrażeniem, za wrażeniem natarczywym i mocnym.
Miłość uważać chciałem za namiętność
i za uczucie, które przewyższy wszystko
- wierzyłem w absolut uczucia
i dlatego nie mogłem wprost pojąć,
na czym opiera się to przedziwne trwanie Teresy we mnie,
dzięki czemu jest we mnie obecna,
co jej zapewnia miejsce w moim "ja"
i co stwarza wokół niej ten jakiś
dziwny rezonans, to "powinien-eś".
Unikałem jej przeto pozornie, omijałem wręcz z premedytacją
to, co mogłoby wzbudzić bodaj cień domysłu.
Czasem aż znęcałem się nad nią w moich myślach,
równocześnie zaś w niej widziałem mą prześladowczynię.
Wydawało mi się, że ściga mnie swoją miłością,
a ja muszę odciąć się stanowczo.
Tak zaś rosło me zainteresowanie dla Teresy,
miłość wyrastała poniekąd ze sprzeciwu.
Miłość może być bowiem zderzeniem,
w którym dwie osobowości uświadamiają sobie do głębi,
że powinny do siebie należeć, chociaż brak nastrojów i wrażeń.
Jest to jeden z tych procesów we wszechświecie, co sprowadzają syntezę
i jednoczą to, co rozdzielone, a co ciasne i ograniczone,
to rozszerzają i bogacą.
Teresa:
Muszę przyznać, że oświadczyny Andrzeja
były dla mnie czymś nieoczekiwanym.
Nie miałam zaprawdę powodu, by na nie liczyć.
Zdawało mi się zawsze, że Andrzej czyni wszystko,
abym była mu niepotrzebna i by mnie o tym przekonać.
Jeżeli te oświadczyny nie zastały mnie całkiem nie przygotowaną,
to dlatego, że czułam, iż jestem jakoś dla niego,
i że chyba mogłabym go kochać.
Chyba nawet tą świadomością już go kochałam.
Ale tylko tyle.
Nie dopuściłam nigdy do tego, aby nosić w sobie uczucie,
które zostanie bez odpowiedzi.
Dziś jednak mogę się przyznać sama przed sobą,
że nie było to dla mnie łatwe.
Pamiętam zwłaszcza jeden taki miesiąc,
a w tym miesiącu jeden taki wieczór -
wędrowaliśmy wówczas po górach,
towarzystwo było liczne i bardzo ze sobą zżyte,
bardziej chyba niż po koleżeńsku -
rozumieliśmy się doskonale.
Andrzej wówczas dosyć wyraźnie interesował się Krystyną.
Nie psuło mi to jednak uroku wędrówki.
Zawsze bowiem byłam twarda jak drzewo,
które pierwej spróchnieje niż się rozklei.
Jeżeli płakałam nad sobą,
to nie z racji zawodu w miłości.
A jednak było mi ciężko.
Zwłaszcza owego wieczoru, gdy przy zejściu zastała nas noc.
Nie zapomnę nigdy tych jeziorek, co zaskoczyły nas po drodze
jak gdyby dwie cysterny niezgłębionego snu.
Spał metal zmieszany z odblaskiem
jasnej sierpniowej nocy.
Księżyca jednak nie było.
Nagle, gdy tak staliśmy wpatrzeni
- tego nie zapomnę do końca życia -
gdzieś sponad naszych głów
doszło wyraźne wołanie.
Było ono zresztą podobne
do zawodzenia raczej lub jęku
czy też może nawet do kwilenia.
Wszyscy wstrzymali oddech.
Nie było wiadomo, czy woła człowiek,
czy też zawodzi spóźniony ptak.
Ten sam głos powtórzył się raz jeszcze,
wówczas chłopcy zdecydowali się odkrzyknąć.
Przez cichy uśpiony las,
przez noc bieszczadzką szedł sygnał.
Jeśli to człowiek - mógł go usłyszeć.
Jednakże tamten głos już nie odezwał się więcej.
I właśnie wówczas, gdy wszyscy zamilkli,
nasłuchując, czy się nie odezwie,
mnie nagle błysnęła inna myśl: też o sygnałach -
myśl ta wróciła do mnie dzisiaj
pomiędzy profilem Andrzeja
a wieżą starego ratusza
w naszym mieście -
dziś między godziną piątą a szóstą po południu,
gdy Andrzej poprosił mnie o rękę -
wówczas myślałam o sygnałach, które nie mogą się z sobą spotkać.
A była to myśl o Andrzeju i o mnie.
Dzisiaj więc, gdy Andrzej zapytał:
"czy zechciałabyś zostać na zawsze towarzyszką mego życia?",
ja po upływie dziesięciu minut odpowiedziałam "tak",
a po chwili spytałam go jeszcze, czy wierzy w sygnały.
Andrzej:
Teresa spytała mnie dzisiaj:
"Andrzeju, czy wierzysz w sygnały?"
A gdy, zaskoczony tym pytaniem,
zatrzymałem się przez chwilę
i spojrzałem zdumiony w oczy
mej - od kwadransa - narzeczonej,
opowiedziała mi swe myśli,
te, które snuły się w jej głowie
od owego wieczoru w górach.
Jakże blisko przeszła wówczas obok mnie!
Osaczyła mnie prawie swą wyobraźnią
i tym dyskretnym cierpieniem,
którego wówczas nie chciałem się domyślić,
a dzisiaj gotów jestem poczytać je za nasze wspólne dobro.
Teresa - Teresa - Teresa -
jakby punkt jakiś przedziwny moich dojrzewań -
już nie pryzmat pozornych promieni,
ale człowiek prawdziwego światła.
I wiem, że nie mogę iść dalej.
Wiem, że nie będę już szukał.
Drżę tylko na myśl, że tak łatwo
mogłem ją stracić.
Od kilku lat szła obok mnie, a nie widziałem,
że to właśnie ona idzie i dojrzewa.
Wzdragałem się przyjąć to,
co najwspanialszym dziś jest dla mnie darem.
Po kilku latach widzę to wyraźnie,
że drogi, które powinny się rozbiec,
zbliżyły nas właśnie do siebie.
Tych kilka lat to czas bezcenny,
by zorientować się w skomplikowanej
mapie sygnałów i znaków.
Tak trzeba.
Dziś widzę, że mój kraj jest także jej krajem,
a przecież marzyłem by przerzucić pomost -
Wieczorami w naszym starym mieście
(- w październiku są wczesne wieczory -)
mężczyźni wychodzą z biur,
gdzie projektuje się budowy nowych osiedli,
kobiety i dziewczęta wracając do domów
oglądają po drodze wystawy.
Spotkałem Teresę, gdy przystanęła
przed wielkim oknem wystawowym,
pełnym damskiego obuwia.
Stanąłem obok niej cicho i nieoczekiwanie
- i nagle byliśmy razem
po obu stronach wielkiej przeźroczystej tafli
nasyconej jarzącym się światłem.
I ujrzeliśmy swoje odbicia razem,
wystawa bowiem zamknięta jest od tyłu
wielkim, olbrzymim lustrem,
które odbija zarówno modele obuwia,
jak i ludzi przechodzących trotuarem,
zwłaszcza zaś tych, co przystanęli,
aby się przyjrzeć sobie lub butom.
Gdy więc znaleźliśmy się nagle
po obu stronach wielkiego zwierciadła
- tu żywi i realni, a tam odbici -
ja - nie wiem dlaczego,
może po to, by dopełnić obrazu,
ale raczej z prostej potrzeby serca
zapytałem: "o czym myślisz Tereso?"
Zapytałem o to prawie szeptem,
bo tak zwykli mówić zakochani.
Teresa:
Nie myślałam już wtedy o sygnałach.
I nie myślałam właściwie o Andrzeju.
Szukałam wzrokiem butów z wysokim obcasem.
Wiele było butów sportowych,
wiele butów wygodnych na co dzień,
lecz najbardziej wodziłam wzrokiem
za butami na wysokim obcasie.
Andrzej jest wyższy ode mnie na tyle,
że muszę sobie dodać trochę wzrostu
- a więc jednak myślałam o Andrzeju,
Andrzeju i o sobie samej.
Stale teraz myślałam o nas dwojgu
i on też tak myślał z pewnością
- więc ucieszyłby się moją myślą.
Rozpoczęliśmy wówczas rozmowę
o różnych drobiazgach związanych z naszym ślubem.
Ja mówiłam mu o tym krawacie,
w którym mi się najbardziej podoba,
i o tym ciemnym garniturze,
w których jest mu najbardziej do twarzy.
Andrzej słuchał tego bardzo chętnie,
nie dlatego, że szukał pochlebstwa,
lecz że chciał mi się zawsze podobać
i że chciał mi zrobić przyjemność.
Potem patrzyliśmy jeszcze wspólnie
na witrynę sklepu jubilera,
gdzie w pudełeczkach
powleczonych wewnątrz aksamitem
spoczywały różne precjoza.
Wśród nich były też obrączki ślubne.
Spoglądaliśmy chwilę w milczeniu.
Potem Andrzej ujął mnie za rękę
i powiedział: "wejdźmy Tereso,
wybierzmy dla siebie obrączki".
Andrzej:
A jednak nie weszliśmy od razu.
Zatrzymała nas nagle myśl, która
- odczuwaliśmy to dobrze - powstała równocześnie
we mnie i w niej.
Obrączki, które leżą na wystawie,
przemówiły do nas dziwnie mocno.
Oto teraz są tylko wyrobem ze szlachetnego metalu,
lecz tak będzie tylko do tej chwili,
gdy jedną z nich włożę na palec Teresy,
a ona drugą na palec mej ręki.
Odtąd zaczną wyznaczać nasz los.
Będą przeszłość przypominać wciąż,
jakby lekcję, którą trzeba wciąż pamiętać,
i przyszłość otwierać będą ciągle na nowo,
łącząc przeszłość z przyszłością.
A równocześnie na każdą chwilę,
jak dwa ostatnie ogniwa łańcucha,
nas mają niewidzialnym zespalać sposobem.
Nie weszliśmy więc zaraz do sklepu. Symbol przemówił.
Zrozumieliśmy go równocześnie. Patrząc na obrączki
ślubne poddaliśmy się wzruszeniu bez słów.
I to nas wstrzymało przed sklepem. Odkładaliśmy chwilę wejścia.
Czułem tylko, że Teresa przytuliła się mocniej
do mego ramienia... I to było nasze "teraz":
spotkanie przeszłości z przyszłością.
Oto jesteśmy oboje, wyrastamy z tylu dziwnych chwil,
jakby z głębiny faktów, zwyczajnych przecież i prostych.
Oto jesteśmy razem. Potajemnie zrastamy się w jedno
za sprawą tych dwóch obrączek.
Ktoś przemówił dość głośno na naszymi plecami.
Ktoś:
To sklep jubilera. Cóż za dziwne rzemiosło.
Produkuje przedmioty, które mogą
pobudzać do refleksji o losie.
Na przykład pozłaca zegarki, które mierzą czas
i mówią człowiekowi o zmienności wszystkiego,
o mijaniu.
Teresa:
Ktoś umilkł. Ten człowiek trafił jednak
w pobliże naszych myśli. Staliśmy nadal w milczeniu.
Pracowała jednak wyobraźnia. Widziałam już jak w zwierciadle
siebie samą - gdy klęczę z Andrzejem w białej sukni.
On w czarnym garniturze. Gdy wchodziliśmy do drzwi kościoła,
dorównywałam mu wzrostem na tyle, że nie było żadnej dysproporcji
(trzeba kupić w tym celu pantofle na wysokim obcasie,
te właśnie, które dzisiaj widziałam na tamtej wystawie).
A teraz jeszcze - najdziwniejsza rzecz -
i niespodziewana:
gdy tak staliśmy przed sklepem jubilera,
przypomniały nam się fragmenty z listów
pisanych przed kilku laty.
Wyobraźnia pracowała coraz intensywniej,
przechodziła ponad wspomnieniami, nad przeszłością,
ku przyszłości, której obraz był coraz bliższy.
Więc widzę siebie przy Andrzeju, dorównuję mu wzrostem.
Jesteśmy oboje wytworni i chyba jakoś dojrzali
- dojrzewaliśmy przez tyle listów wymienionych w ciągu tych lat.
Stoimy wciąż przed tym sklepem wybierając wspólnie nasz los.
Lecz witryna stała się zwierciadłem naszej przyszłości
- oto odbija jej kształt.
Andrzej:
Obrączki ślubne nie zostały na wystawie.
Jubiler długo patrzył nam w oczy.
Biorąc ostatnią już próbę szlachetnego metalu,
wypowiadał głębokie myśli, które w sposób przedziwny
utkwiły w mojej pamięci.
Jubiler:
Ciężar tych złotych obrączek -
Andrzej:
tak mówił
Jubiler:
- to nie ciężar metalu,
ale ciężar właściwy człowieka,
każdego z was osobno
i razem obojga.
Ach, ciężar własny człowieka,
ciężar właściwy człowieka!
Czy może być uciążliwszy,
a zarazem bardziej nieuchwytny?
Jest to ciężar ciągłego ciążenia
przykutego do krótkiego lotu.
Lot ma formę spirali, elipsy - i formę serca...
Ach, ciężar właściwy człowieka!
Te pęknięcia, ten gąszcz i to dno -
te przylgnięcia, kiedy tak trudno
odkleić serce i myśl.
A wśród tego wszystkiego wolność
- jakaś wolność, a czasem aż szał,
szał wolności uwikłanej w ten gąszcz.
I wśród tego wszystkiego miłość,
która wytryska z wolności
jak źródło z gleby przeciętej na ukos.
Oto człowiek! Nie jest przejrzysty
i nie jest monumentalny,
i nie jest prosty,
raczej biedny.
To jeden człowiek - a dwoje,
a czworo, a sto, a milion -
pomnóż to wszystko przez siebie
(pomnóż ową wielkość przez słabość),
a otrzymasz iloczyn ludzkości,
iloczyn życia ludzkiego.
Andrzej:
Tak mówił ów dziwny jubiler
biorąc próbę naszych obrączek.
Potem jeszcze przeczyścił je irchą,
znowu włożył do tego puzderka,
które przedtem było na wystawie,
wreszcie zaczął owijać w bibułę.
Patrzył przy tym ciągle w nasze oczy,
jakby chciał wysondować nam serca.
Czy miał rację, mówiąc to wszystko?
Czy to były również nasze myśli?
Chyba żadne z nas nie potrafiło
myśleć o tym z takiego dystansu -
miłość raczej jest entuzjazmem niż zadumą.
Teresa:
Więc stoimy odbici w witrynie
jak w zwierciadle chwytającym przyszłość:
Andrzej bierze jedną z obrączek,
ja zaś drugą, podaliśmy sobie ręce -
mój Boże, jakież to proste.
Cóż mogą myśleć ludzie zaproszeni na nasz ślub?
Co myślą wówczas, gdy milczą - i kiedy przestaną mówić,
co będą myśleć nadal?
Andrzej:
Chociaż jeszcze staliśmy przed sklepem jubilera... niemniej jest rzeczą oczywistą, że witryna jego pracowni przestała być widowiskiem dla przechodniów, widowiskiem, w którym każdy bez wyjątku może wypatrzyć jakiś przedmiot dla siebie. Stała się ona natomiast zwierciadłem odbijającym nas oboje - Teresę i mnie. Więcej jeszcze - to nie było zwykłe płaskie zwierciadło, ale jakaś soczewka wchłaniająca swój przedmiot. Byliśmy nie tylko odbici, lecz wchłonięci. Odnosiłem takie wrażenie, jakbym był widziany i poznany przez kogoś, kto się ukrył w głębi tej witryny.
Teresa:
Widać w niej było dzień naszego ślubu. My oboje odświętnie ubrani, a poza nami wiele osób: to goście weselni. Witryna wchłonęła moją postać w różnych momentach i sytuacjach a więc naprzód, gdy stałam, a potem klęczałam przy boku Andrzeja, gdy zamienialiśmy obrączki... Mam też takie przeświadczenie, iż odbicie nasze w głębi zwierciadła pozostało już na zawsze i nie można go stamtąd wydobyć ani usunąć. W chwilę później pomyślałam, że byliśmy obecni w głębi tego zwierciadła od początku - w każdym razie o wiele wcześniej niż stanęliśmy przed sklepem jubilera.
Andrzej:
Jubiler zaś, jak już wcześniej wspomniałem, patrzył na nas w sposób szczególny. Wzrok jego był łagodny zarazem przenikliwy. Czułem, że tym wzrokiem wodzi po nas, dobierając i ważąc obrączki. Potem włożył je na próbę nam na palce. Doznałem takiego wrażenia, jakby szukał wzrokiem naszych serc i zatapiał się w ich przeszłość. Czy przyszłość również ogarnia? Wyraz jego oczu łączył w sobie ciepło i stanowczość. Przyszłość dla nas pozostała niewiadomą, którą teraz przyjmujemy bez niepokoju. Miłość zwyciężyła niepokój. Przyszłość zależy od miłości.
Teresa:
Przyszłość zależy od miłości.
Andrzej:
W pewnej chwili raz jeszcze mój wzrok napotkał wejrzenie starego jubilera. Odczułem wówczas, że jego spojrzenie nie tylko sonduje nasze serca, ale równocześnie stara się coś przelać w nas. Znaleźliśmy się nie tylko na poziomie jego wzroku, ale też na poziomie jego życia. Całe nasze istnienie stanęło wobec niego. Wzrok jego dawał jakieś sygnały, których w tej chwili nie byliśmy zdolni odebrać w całej pełni, tak jak ongiś nie umieliśmy dokładnie odebrać sygnałów w górach - a jednak one przeszły do samego wnętrza naszych serc. I jakoś poszliśmy w ich kierunku, bo oto przyoblekają się w osnowę całego naszego życia.
Teresa:
Ogromnie długo staliśmy przed sklepem jubilera, nie czując czasu ani chłodu, jaki musiał nieść z sobą ów październikowy wieczór. W pewnej chwili jednak ocknęliśmy się - za naszymi plecami jakiś przechodzień wymówił głośno takie słowa:
Ktoś:
Jest już dość późno i sklepy pozamykano. Dlaczego świeci się jeszcze w pracowni starego jubilera? Powinien też już zamknąć i wrócić do domu.
Narrator:
Miłość to nie jest przygoda. Ma smak całego człowieka. Ma jego ciężar gatunkowy. I ciężar całego losu. Nie może być chwilą. Wieczność człowieka przechodzi przez nią. Dlatego odnajduje się w wymiarach Boga, bo tylko On jest wiecznością.